Strona główna > Turystyka > Berlin 2012 – wrażenia

Berlin 2012 – wrażenia

2012-08-10

Po wielu latach ponownie miałem okazję przez chwilę przebywać w Berlinie. Była to okazja do zweryfikowania moich wspomnień o tym mieście. Zapamiętałem Berlin jako miasto dużej swobody obyczajowej oraz świetnie funkcjonującej szybkiej sieci kolejki miejskiej. Przy czym ceny artykułów spożywczych niewiele odbiegają od polskich.

Na wstępie informacja o dojeździe i zakwaterowaniu. Najtańszym sposobem, aby dostać się do Berlina (pomijając oczywiście „okazje” i autostop) jest PolskiBus. Połączenie w jedną stronę kosztuje ok 100 złotych. Bus odjeżdżający ok północy jest na miejscu ok 10-tej rano. Natomiast jeśli chodzi o zakwaterowanie, to znajduje się tam mnóstwo hosteli i cena, jakiej należy się spodziewać, to ok. 10 Euro za nocleg.

Co do legendarnej szybkiej kolei miejskiej (S-Bahn) to moje wspomnienia okazały się trochę przekoloryzowane. Faktycznie, sieć komunikacji opartej o kolej miejską (S-Bahn) i metro (U-Bahn) jest bardzo rozbudowana i zapewnia sprawną komunikację pomiędzy różnymi częściami miasta. Szczególnie istotny jest zdecentralizowany charakter sieci. Jest to przeciwieństwo patologicznego centrycznego modelu komunikacji w Warszawie, zakładającej przejazd między poszczególnymi częściami miasta przez centrum (promienisty układ linii metra i kolejki miejskiej). W Berlinie sieć miejka nie ma centralnego punktu, poszczególne linie się przecinają w wielu węzłach, zaś główna część miasta jest otoczona linią obwodową (Ring) która zapewnia bardzo dogodne połączenie pomiędzy poszczególnymi liniami. Natomiast jeśli chodzi o szybkość samych pociągów, to jest ona porównywalna z warszawską SKM-ką. Na niektórych odcinkach pociągi jadą dość wolno, często zdażają się też postoje w oczekiwaniu na wjazd na stację.

Co do poruszania się pieszo, to światła uliczne dość nieprzyjemnie mnie zaskoczyły. Projektanci świateł w Warszawie słyną ze swojej legendarnej wręcz głupoty, nikogo nie dziwią światła palące się tylko do połowy ulicy, a przy tym tak nieudolnie niezsynchronizowane, że trzeba czekać na 2 zmiany świateł. W Berlinie również trafiają się niezsynchronizowane światła, ale o wiele gorszy jest czas ich trwania. W wielu miejscach zielone zapala się tylko na kilka sekund. Wystarczy chwila nieuwagi i można je przeoczyć. Najwyraźniej zapalają sie tylko po to, aby dać sygnał do wejścia na ulicę. Czułem się jednak trochę nieswojo przechodząc generalnie na czerwonym.

Jeśli chodzi o ceny żywności, to jest tu silne zróżnicowanie. Nawet jeszcze silniej niż w Warszawie jest widoczny patologiczny efekt dostosowywania cen do krzywej popytu. W pobliżu głównych stacji kolejowych i miejsc turystycznych ceny mogą powalić na kolana. Powyżej 1 Euro kosztuje półlitrowa woda mineralna, kawa z automatu czy mały pączek. Ceny przekąsek (czyli posiłków w rozmiarze „turystycznym” to nawet 10 Euro). Mały chleb może kosztować 2 Euro. Natomiast nie są to sklepy, w których kupują normalni ludzie. Poza najbardziej obleganymi przez turystów miejcami ceny są już całkiem normalne: chleb ok. 50 centów, woda mineralna 20 centów (plus kaucja, o której później), sok 1 Euro, kebab 3 Euro. Tańsza jest czekolada (a przy tym jest zdecydowanie lepsza od polskiej).

Jeśli chodzi o swobodę obyczajową, to nie zapadły mi tym razem w pamięć żadne przypadki szczególnie świadczące o jej występowaniu. Owszem, ludzie ochoczo wykorzystują zieleń w centrum miasta do odpoczynku i opalania się. Jest też ona, przynajmniej w centrum, zdecydowanie czystsza i bardziej zadbana. Nie widziałem poniewierających się na trawnikach papierków i butelek. Inna sprawa, że zieleni w pobliżu ulic jest stosunkowo niewiele i przy wielu ulicach nie rośnie nawet jedno drzewko. Muszę jednak przyznać, że poza Tiergarten nie odwiedzałem żadnych innych parków – czas pobytu nie pozostawiał na to miejsca. Nie widziałem natomiast ludzi chodzących boso albo topless (to drugie przynajmniej jeśli chodzi o kobiety), i to pomimo upałów.

Ostatnia sprawa, o której chciałbym tu wspomnieć, to sygnalizowane wcześniej kaucje za butelki. System, którego koncepcja mi się bardzo spodobała, gdy o niej usłyszałem, natomiast jej wykonanie mnie rozczarowało. Ciężar utylizacji butelek, zamiast spoczywać na producencie, został przerzucony na właścicieli sklepów, a ci ochoczo i bez żadnej kontroli przerzucili go na klientów. Tak więc za butelkę płaci się kaucję przy zakupie, a potem można taką butelkę wrzucić do automatu. Z tym że takie automaty stoją tylko w sklepach, przyjmują tylko butelki takiego typu, jakiego są w tym sklepie sprzedawane, a zamiast pieniędzy wydają kupony które można zużyć tylko w tym samym sklepie. To ostatnie to prawdziwa bezczelność – niejako wymuszanie zakupów w tym samym sklepie. W dodatku wprowadza to uciążliwą konieczność noszenia ze sobą pustych butelek aż do czasu zrobienia zakupów. Gdyby automaty były w miejcach publicznych i wydawały pieniądze, ten system miałby ręce i nogi. A w takiej postaci wprawdzie skłania ludzi do oddawania butelek, ale nie wszystkich i nie zawsze, a przy tym nakładając na nich dodatkowe opłaty pod pozorem dbałości o środowisko (cena butelek, których nie udało się z powodu w.w. wad systemu zwrócić).

Reklamy
%d blogerów lubi to: